"Wesele"
Do kina polskiego zawsze podchodzę z dużym sceptyzmem. Cóż, nawet poczucie patriotyzmu nie jest w stanie przekonać mnie co do tego, że jest to kino dobre. Poziom raczej średni, przed którym zwykle dzielnie się bronię. Tym bardziej jakże było miłe me zaskoczenie po obejrzeniu "Wesela" Smarzowskiego. My Polacy kochamy martyrologię. Kochamy umęczać się i rozdrapywać przeszłość. Ale nie potrafimy śmiać się z siebie - czasy nieodżałowanego Barei odeszły już niestety do lamusa. "Wesele" nie jest filmem śmiesznym, lecz tacy właśnie jesteśmy. To nasz portret własny. Zastaw się a postaw. O matko, bo co też ludzie powiedzą? Przyjść, nachlać się i zostawić chlew po sobie. A w tle niech pogra Tymon Tymański i jego kapela. Tak, bo "Biały miś" to świetny kawałek! Wiejskie wesele to tylko sprytny pretekst do pokazania przygnębiającej historii Wojnara, bo ani panna młoda, ani pan młody nie są głównymi bohaterami tej opowieści. Wypełza obłuda, zakłamanie i wszelakie uroki tak zwanego żywota ustatkowanego.