"Wściekłe psy"
Po obejrzeniu tego filmu ma się ochotę tylko na jedno, a mianowicie na porządną pięćdziesiątkę z sokiem malinowym i kilkoma kroplami tabasco. Ten film jest właśnie jak ów zacny drink, no i tytuł tak jakoś nieprzypadkowo w tym kontekście brzmi. "Wściekłe psy" jest drugim pełnometrażowym obrazem w filmografii Tarantino. Jest krótko, zwięźle i na temat - chłopaki, obrabiamy sklep jubilerski i stajemy się bogaci. Proste, nieprawdaż? Samego wielkiego skoku widz nie ma przyjemności obejrzeć, ale podziwia za to całą otoczkę. Co Madonna miała na myśli śpiewając "Like a Virgin"? Kto zdradził? Kto jest wtyczką w granatowym mundurku? Krew się leje, bluzgi lecą, trup się ściele, czyjaś pięść spotyka czyjąś twarz - brzmi jak masakra i na dobrą sprawę powinno przerażać. Ale nie przeraża, gdyż nie brakuje tu charakterystycznej dla Tarantino nutki ironii. Humor i język, którymi przemawia z ekranu trzeba lubić, zaś jego dzieł w żadnym wypadku nie wolno brać na serio - dystans, dystans i jeszcze raz dystans.